Moje wrażenia z wystawy Audio Show 2000 (pół żartem, pół serio)

Audio Show to coroczna listopadowa wystawa sprzętu Hi-Fi i Hi-End. Tak się złożyło, że byłem na niej po raz pierwszy w życiu. Po raz pierwszy miałem też okazję usłyszeć tak ogromną ilość urządzeń – zarówno tych absolutnie kosmicznie drogich, jak i bardziej „przyziemnych”.

Muszę przyznać, że byłem podekscytowany jeszcze zanim dotarłem do Warszawy, gdzie odbywała się ta wystawa (nota bene trwała trzy dni: 10–12 listopada). Już wtedy czułem, że będzie to coś więcej niż zwykłe oglądanie sprzętu – raczej wejście do innego świata.

Kiedy późnym wieczorem wracałem do Łodzi, w głowie miałem już mieszankę emocji. Z jednej strony ogrom wrażeń – głównie pozytywnych – szczególnie tam, gdzie sprzęt prezentowali ludzie naprawdę zafiksowani na jakości dźwięku, tacy „audiofile z krwi i kości”. Z drugiej strony – zaskoczenie, a momentami nawet lekkie rozczarowanie.

Bo oprócz klasycznego Hi-Fi, interesowało mnie także kino domowe. I tu rzeczywiście było sporo prezentacji – i wszystko wskazuje na to, że w kolejnych latach będzie tego coraz więcej. Obraz z projektorów robił wtedy ogromne wrażenie – wielkość ekranu miała wręcz fizyczną siłę oddziaływania na widza.

Ale to, co najbardziej zapadło mi w pamięć, nie były wcale basowe „trzęsienia ziemi” z subwooferów, tylko… sposób prezentacji u niektórych wystawców.

O ile cała wystawa była oczywiście w dużej mierze komercją i reklamą, o tyle niektóre prezentacje można by określić tylko dwoma słowami: totalna komercha – i to w najbardziej negatywnym znaczeniu. Czuło się, że chodzi wyłącznie o zamieszanie w głowach potencjalnych klientów.

Pamiętam szczególnie bardzo nudną prezentację Sony w hotelu Sheraton, gdzie promowano nowe „standardy”: Super Audio CD (SACD) oraz system wirtualnego tworzenia tylnego kanału surround (nazwa już wtedy brzmiała jak z innej planety).

Pokazywano koncert Phila Collinsa – i w pewnym momencie, po przełączeniu systemu, jego głos zamiast dochodzić z przodu, nagle zaczynał brzmieć dokładnie z tyłu. Efekt? Dziwny. Co najmniej dziwny. Mnie to nie przekonało.

Nie ukrywam – sprzęt Sony był mi raczej obojętny. Mam jedynie Discman tej marki, który do dziś działa mimo upadku z około metra na podłogę. Ale po tej prezentacji moje zdanie o działaniach marketingowych Sony zdecydowanie się pogorszyło. Odniosłem wrażenie, że całość opiera się bardziej na efekciarstwie niż na realnej jakości.

Jedyny element, który rzeczywiście przyciągał uwagę? Hostessy – liczne, uśmiechnięte, rozdające ulotki jak w fabryce reklamy.

Na innej prezentacji kina domowego (m.in. Surround EX) głośnik tylnego kanału stał… dosłownie przy moich kolanach. Kolumna podłogowa. I szczerze mówiąc – nie wiem, co autor miał na myśli.

Efekt? Zamiast realistycznego przelotu helikoptera nad głową, miałem wrażenie, że coś krąży mi tuż nad podłogą. W materiale „Jungle Sounds” helikopter miał przelecieć z przodu na tył, zrobić zwrot i zostać trafiony rakietą ziemia–powietrze. Brzmiało to bardzo efektownie na papierze, ale w praktyce – przy takim ustawieniu głośników – wypadło raczej dziwacznie niż realistycznie.

Nautilus 801 – przepiękne kolumny marki B&W

Zdecydowanie bardziej przemawiały do mnie pokazy kina domowego z udziałem marek takich jak Paradigm, Jamo czy Bowers & Wilkins oraz Denon.

Szczególnie prezentacja B&W i Denona zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Porównywano tam m.in. materiał muzyczny zapisany w 24bit/48 kHz oraz 24bit/192 kHz.

I tutaj przeżyłem mały szok – byłem sceptyczny, a jednak… usłyszałem różnicę.

Oczywiście od razu pojawiła się myśl, czy mój słuch rzeczywiście jest już w stanie wychwycić takie subtelności, czy też może cała prezentacja była w jakiś sposób „podkręcona”. Ale jeśli nie – to rzeczywiście 192 kHz wydaje się być słyszalnym krokiem naprzód, nawet dla zwykłego słuchacza, do których sam się zaliczam.

W demonstracji użyto m.in. topowego odtwarzacza Denon (około 10 000 zł) oraz kolumn B&W Nautilus 801 – jednych z najwyższych modeli serii 800 (około 63 000 zł za parę).

Pozostaje jednak pytanie: czy usłyszałbym to samo na tańszym sprzęcie, dostępnym dla przeciętnego użytkownika? Tego nie wiem.

Różnice były bardzo subtelne – większość ludzi siedziała raczej niewzruszona, z minami typu „no i co dalej?”. Ja miałem wrażenie, że wysokie tony są po prostu gładsze, bardziej „czyste”. Trudno to ubrać w fachowe słowa – nie jestem recenzentem „Audio” ani „Hi-Fi i Muzyki”.

McIntosh – moment, który zwalił mnie z nóg

Prawdziwym szokiem nie było jednak kino domowe, tylko klasyczne stereo.

Miałem okazję posłuchać zestawu opartego o wzmacniacze McIntosh (m.in. MC602, MA6850) oraz kolumny Aerial Acoustics (modelu już nie pamiętam), całość warta kilkanaście tysięcy dolarów.

I tu wydarzyło się coś, co pamiętam do dziś – dźwięk dosłownie mnie „zmiatał”.

Zintegrowany wzmacniacz amerykańskiej marki McIntosh – model MA6850

To był pierwszy raz, kiedy usłyszałem muzykę z płyty CD w takiej jakości. Prawdziwi audiofile przynosili własne płyty i testowali systemy na swoich nagraniach. Atmosfera była niemal nabożna.

Po tej prezentacji wyszedłem… lekko oszołomiony.

Ja również miałem przy sobie swoje płyty – m.in. Jamesa Hornera („Willow”, „Legends of the Fall”). Ale w pewnym momencie uznałem, że nie będę się nimi „afiszował”. Miałem wrażenie, że przy tych ludziach i tym sprzęcie mogłoby to wyglądać… niepoważnie.

Dziś wiem, że to może było błędne myślenie. Bo przecież audiofil powinien kochać muzykę – a nie tylko sprzęt. Ja wtedy nie wiedziałem jeszcze, czy jestem audiofilem. Wiedziałem jedno: kocham muzykę Jamesa Hornera.

Podsumowanie

Generalnie jestem bardzo zadowolony z wizyty na Audio Show. Dzięki temu mam dziś realne wyobrażenie o tym, o czym piszą recenzenci w magazynach typu „Audio” czy „Hi-Fi i Muzyka”.

Liczyłem jedynie na nieco poważniejsze podejście do kina domowego. Ale może to jeszcze nie ten moment. Audiofile żyją swoim światem, a fani kina domowego – swoim. Pierwsi skupiają się na absolutnej perfekcji dźwięku, drudzy często ekscytują się nawet najmniejszym „efektem specjalnym” z subwoofera.

Ale spokojnie. To był rok 2000. Myślę, że wszystko dopiero się zaczyna.

I kto wie – może za kilka lat te dwa światy w końcu się spotkają.

Podobne wpisy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *