Stare filmy, które brzmią jak nowe. Kiedy kino z lat 70. zawstydza współczesny surround
Są takie momenty, kiedy człowiek siedzi sobie wygodnie na kanapie, odpala stary film, amplituner pokazuje 5.1, subwoofer zaczyna delikatnie pracować, z tyłu odzywają się surroundy i nagle pojawia się bardzo niepokojąca myśl:
„Zaraz… ten film jest z 1979 roku.”
Sprawdzamy jeszcze raz.
1979.
Tak.
Nie 2019.
Nie 2024.
Nie najnowszy blockbuster z budżetem większym niż PKB małego państwa.
1979.
A tymczasem helikopter przelatuje przez scenę, dźwięk otacza nas z boków, bas schodzi nisko, muzyka pojawia się w przestrzeni, a człowiek zaczyna się zastanawiać, czy aby na pewno nie pomylił płyty.
To nie pomyłka.
Po prostu trafiliśmy na jeden z tych filmów, które przypominają nam o bardzo ważnej rzeczy:
surround nie narodził się wraz z DVD.
A Dolby Atmos tym bardziej nie wymyśliło kina.
Co więcej, niektóre filmy z lat 70. i 80. mają dzisiaj tak przekonujące ścieżki przestrzenne, że potrafią zrobić z naszym kinem domowym więcej niż niejeden współczesny film, w którym co 14 sekund coś musi przelecieć nad kanapą tylko dlatego, że producent zapłacił za licencję na Atmos.
I właśnie o tych filmach będzie ten artykuł.
Najpierw małe sprostowanie: to nie zawsze było 5.1
Zanim zaczniemy wrzucać stare filmy do jednego worka, trzeba wyjaśnić jedną rzecz.
Kiedy dzisiaj widzimy na okładce:
Dolby Digital 5.1
albo:
DTS-HD MA 5.1
od razu wiemy, czego się spodziewać.
Lewy.
Centralny.
Prawy.
Lewy surround.
Prawy surround.
I LFE.
Koniec filozofii.
W latach 70. sytuacja była trochę bardziej skomplikowana.
Istniały różne formaty wielokanałowego dźwięku, różne wersje kopii filmowych i różne sposoby zapisywania informacji.
Szczególnie interesujący był 70 mm Six-Track.
I tutaj zaczyna się cała zabawa.
Bo niektóre filmy miały pięć kanałów za ekranem i jeden kanał surround.
Inne korzystały z późniejszych rozwiązań Dolby.
A jeszcze inne eksperymentowały ze stereo surround.
Nie można więc powiedzieć, że „film z 1978 roku miał 5.1”, bo technicznie często byłoby to zwyczajnie nieprawdziwe.
Ale…
Były przypadki, w których rozwiązania zastosowane w kinie w latach 70. były zadziwiająco bliskie temu, co dzisiaj nazywamy 5.1.
Walter Murch, człowiek odpowiedzialny za dźwięk między innymi w Apocalypse Now, powiedział później wprost, że format wykorzystany przy filmie był tym, co dzisiaj znamy jako 5.1: trzy kanały przednie, dwa niezależne kanały surround oraz kanał niskich częstotliwości.
Tyle że w 1979 roku nikt nie mówił „5.1”.
Mówiono:
six-track with split surrounds.
Brzmi trochę mniej marketingowo.
Ale działało.
I to jak.
1. Apocalypse Now, czyli tutaj wszystko się zaczęło
Jeżeli mielibyśmy wybrać jeden film, który powinien otwierać ten artykuł, nie byłoby nawet specjalnej dyskusji.
Apocalypse Now, 1979.
Francis Ford Coppola.
Walter Murch.
Wietnam.
Dżungla.
Helikoptery.
Wagner.
I jeden z najbardziej przełomowych miksów dźwiękowych w historii kina.
Przy przygotowaniu wersji 70 mm zastosowano sześciokanałowy system z rozdzielonymi kanałami surround. Lewy i prawy surround mogły więc nieść niezależną informację. Murch wykorzystał to do budowania przestrzeni, a nie tylko do robienia hałasu za plecami widza.
I tutaj dochodzimy do rzeczy absolutnie genialnej.
Murch nie miał jeszcze żadnego współczesnego podręcznika miksowania 5.1.
Nie mógł otworzyć internetu i wpisać:
„Jak zrobić dobry miks surround?”
Bo internetu nie było.
Nie mógł też odsłuchać pięćdziesięciu współczesnych blockbusterów i powiedzieć:
„O, tutaj surround robią tak”.
Bo takich blockbusterów również nie było.
Musiał więc wymyślić sposób pracy praktycznie od zera.
I zrobił coś, co dzisiaj wydaje się oczywiste.
Zadał sobie pytanie:
kiedy właściwie warto użyć surroundu?
Nie „jak wykorzystać wszystkie kanały”.
Tylko:
kiedy go użyć?
To ogromna różnica.

Murch wspominał później, że jednym z podstawowych założeń było właśnie unikanie pułapki nowej technologii: skoro mamy nową zabawkę, nie oznacza to, że musimy używać jej bez przerwy.
I dlatego Apocalypse Now nadal brzmi tak dobrze.
Bo przestrzeń ma tutaj znaczenie.
Dżungla nie jest tylko obrazem.
Dżungla jest dźwiękiem.
Helikoptery nie są tylko efektami.
One naprawdę otaczają widza.
A scena ataku przy dźwiękach „Ride of the Valkyries” jest jednym z tych momentów, kiedy człowiek zaczyna rozumieć, że surround może być częścią narracji filmu, a nie tylko demonstracją możliwości amplitunera.
I jeszcze jedna rzecz.
Murch zastosował również znacznie potężniejszy zakres niskich częstotliwości niż typowe wcześniejsze systemy kinowe. Wspominał, że nowy system pozwalał zejść znacznie niżej, aż do zakresu, który nie tylko słyszymy, ale również czujemy.
Czyli mamy film z 1979 roku, który już wtedy myślał kategoriami:
przestrzeń + kierunkowość + potężny dół + dramaturgia.
Brzmi znajomo?
No właśnie.
2. Superman, czyli 1978 rok i dialog, który nie chce siedzieć w centralnym
Teraz coś, co jest jeszcze ciekawsze.
Superman Richarda Donnera z 1978 roku.
Jeżeli ktoś uważa, że stary film musi mieć płaski dźwięk, warto puścić mu wydanie 4K.
W 2018 roku Warner przygotował nową wersję 4K, w której znalazł się oryginalny sześciokanałowy miks 70 mm z 1978 roku, przeniesiony do 5.1. Obok niego umieszczono również późniejszy miks Dolby Atmos.
I tutaj zaczyna się robić naprawdę interesująco.
Bo oryginalny miks jest… dziwny.
Ale w najlepszym możliwym znaczeniu tego słowa.
Dialogi nie są zawsze grzecznie przyklejone do centralnego głośnika.
Potrafią przemieszczać się między przednimi kanałami.
Tak jak w kinie.
Tak jak człowiek rzeczywiście widzi aktora na ekranie.

W jednej ze scen Lex Luthora jego dialog może dosłownie podążać za pozycją bohatera w przestrzeni. To bardzo „oldschoolowe” rozwiązanie, ale właśnie dlatego tak fascynujące.
Współczesny miks robi często coś zupełnie innego:
„Dialog? Centralny. Zawsze centralny. Następny proszę.”
I jest to oczywiście całkowicie poprawne.
Ale kiedy posłuchamy oryginalnego miksu 70 mm, nagle okazuje się, że w 1978 roku realizatorzy mieli już inne pomysły.
Co więcej, w oryginalnym miksie znajdziemy również prawdziwy split surround i informacje niskotonowe.
Czyli człowiek ogląda film o gościu w czerwonej pelerynie, który ma prawie 50 lat, a jego ścieżka dźwiękowa potrafi powiedzieć współczesnemu Atmosowi:
„Potrzymaj mi kryptonit.”
3. Alien, czyli surround nie musi wrzeszczeć
A teraz skręcamy w zupełnie inną stronę.
Alien, 1979.
Ridley Scott.
Statek Nostromo.
I jeden z najlepszych przykładów na to, że dobry surround nie polega na tym, żeby cały czas coś latało po pokoju.
Oryginalny Alien miał wersję 70 mm z sześciokanałowym miksem oraz wersję Dolby Stereo dla 35 mm.

Co ciekawe, kiedy przygotowywano późniejsze wersje filmu, okazało się, że oryginalny sześciokanałowy materiał był niekompletny. Trzeba było go odbudować, a przy okazji przygotować nowy sześciokanałowy miks dla dodatkowych scen.
I właśnie tutaj widać geniusz tego filmu.
Alien nie próbuje cały czas robić z naszego salonu lunaparku.
Zamiast tego tworzy miejsce.
Nostromo ma brzmieć jak statek.
Wentylacja ma brzmieć jak wentylacja.
Metal ma brzmieć jak metal.
Maszyny mają żyć własnym życiem.
Sygnały elektroniczne pojawiają się w przestrzeni.
A cisza jest równie ważna jak dźwięk.
To bardzo ważna lekcja.
Bo czasami słuchamy współczesnego filmu w Atmosie i mamy wrażenie, że miks został wykonany według zasady:
„Masz 12 głośników? To wykorzystajmy wszystkie.”
Alien mówi:
„Masz 12 głośników? Dobrze. Teraz przez chwilę nic nie róbmy.”
I nagle napięcie rośnie.
4. Star Wars, czyli zanim Gwiazda Śmierci trafiła do salonu
Nie można zrobić artykułu o historii filmowego surroundu i ominąć Star Wars.
Pierwszy film z 1977 roku miał różne wersje ścieżki dźwiękowej, w tym specjalny sześciokanałowy miks dla projekcji 70 mm.
I tutaj pojawia się słynny „baby boom”.

W starszym systemie 70 mm dodatkowe kanały za ekranem mogły być wykorzystywane między innymi do potężnego zakresu niskich częstotliwości. Przy Star Wars rozwiązanie to zostało wykorzystane w sposób, który stał się bardzo ważnym etapem rozwoju kinowego dźwięku. Walter Murch wspominał, że właśnie Star Wars był jednym z kluczowych punktów odniesienia dla późniejszego miksu Apocalypse Now.
I jest w tym coś pięknego.
George Lucas robi film o kosmicznej wojnie.
John Williams pisze muzykę, która za chwilę stanie się jednym z najbardziej rozpoznawalnych tematów muzycznych w historii.
A realizatorzy dźwięku kombinują, jak zrobić z wielkiej sali kinowej jeszcze większą wielką salę kinową.
Czyli dokładnie to, co dzisiaj próbujemy zrobić w salonie.
Tylko wtedy nikt nie miał amplitunera za 15 tysięcy złotych.
Ani czterech głośników sufitowych.
Ani subwoofera ważącego 80 kilogramów.
5. Close Encounters of the Third Kind, czyli film, w którym dźwięk jest bohaterem
Bliskie spotkania trzeciego stopnia z 1977 roku to kolejny przypadek, w którym dźwięk nie jest dodatkiem do filmu.
On jest jego częścią.
A właściwie można powiedzieć jeszcze mocniej:
dźwięk jest jednym z bohaterów filmu.
To przecież historia oparta między innymi na komunikacji poprzez dźwięk i muzykę.
John Williams nie napisał tutaj po prostu „ładnej muzyki do filmu o kosmitach”.
Muzyka staje się językiem.
Dlatego przestrzeń ma ogromne znaczenie.

Wydania współczesne pozwalają usłyszeć ten materiał w 5.1, a historia filmu sięga oczywiście wcześniejszych wielokanałowych wersji kinowych.
To jeden z tych filmów, które szczególnie dobrze pokazują różnicę między:
„mam pięć głośników”
a
„ktoś naprawdę przemyślał, co ma się z tych pięciu głośników wydobywać”.
6. Raiders of the Lost Ark, czyli Indiana Jones kopie w ziemi, a subwoofer kopie w klatce piersiowej
Raiders of the Lost Ark, 1981.
Indiana Jones.
John Williams.
Harrison Ford.
I 70 mm Six-Track Dolby Stereo.
Czyli zestaw, który już na papierze wygląda jak przepis na kłopoty dla sąsiadów.

Film miał wersję 70 mm z sześciokanałowym dźwiękiem, a takie projekcje były szczególnie efektowną wersją kinowego doświadczenia.
I właśnie tutaj współczesne kino domowe zaczyna mieć przewagę nad sprzętem sprzed czterdziestu lat.
Bo mamy dzisiaj coś, czego dawny widz kinowy nie zawsze miał:
bardzo dobry subwoofer.
A jeśli ktoś ma w domu dużego SVS-a, to Indiana Jones może zacząć być doświadczeniem o charakterze wręcz geologicznym.
Kamień spadający w pułapce?
Nie tylko go słyszymy.
On zaczyna negocjować z naszymi organami wewnętrznymi.
7. Poltergeist, czyli dom, który nie szanuje kanałów surround
Poltergeist, 1982.
Tutaj surround dostaje kolejne zadanie:
ma nas przestraszyć.

Film miał wersje 70 mm Six-Track Dolby Stereo, a współczesne wydania pozwalają wykorzystać jego dźwięk w kinie domowym.
I horror jest świetnym testem dla systemu wielokanałowego.
Dlaczego?
Bo horror potrzebuje przestrzeni.
Jeżeli coś dzieje się za bohaterem, chcemy to usłyszeć za nim.
Jeżeli coś jest w oddali, powinno pozostać w oddali.
Jeżeli coś zaczyna się zbliżać…
No właśnie.
Wtedy zaczynamy żałować, że kupiliśmy tak dobre kolumny.
8. The Thing, czyli zimno również można usłyszeć
The Thing, 1982.
John Carpenter.
Antarktyka.
Ennio Morricone.
I jeden z tych filmów, które idealnie nadają się do nocnego testowania kina domowego.

Oryginalna wersja otrzymała sześciokanałowy miks dla projekcji 70 mm.
I znowu nie chodzi wyłącznie o efekty.
Chodzi o atmosferę.
Wiatr.
Baza.
Metalowe konstrukcje.
Maszyny.
Odległe odgłosy.
Muzyka.
Cisza.
A potem nagle coś się dzieje.
I człowiek zaczyna rozumieć, dlaczego dobry surround jest tak ważny w horrorze.
Bo jeśli wszystko dzieje się tylko przed nami, oglądamy film.
Jeżeli przestrzeń zaczyna żyć również za nami, zaczynamy się zastanawiać, czy przypadkiem coś nie stoi za kanapą.
9. Star Trek II: The Wrath of Khan
I tutaj mamy kolejną perełkę.
Star Trek II: The Wrath of Khan, 1982.
Kolejny film korzystający z 70 mm Six-Track.
Współczesne wydania zachowywały elementy oryginalnego materiału 70 mm, co pozwalało zbliżyć się do tego, jak ścieżka była przygotowana dla najlepszych kinowych projekcji.

I to jest właśnie ten rodzaj filmu, który świetnie pokazuje różnicę pomiędzy:
remiksem
a
rekonstrukcją.
Remiks mówi:
„Zróbmy to dzisiaj.”
Rekonstrukcja mówi:
„Sprawdźmy najpierw, co oni zrobili wtedy.”
Dla maniaka kina domowego ta druga opcja bywa znacznie ciekawsza.
10. Tron, czyli skoro już mamy elektroniczną muzykę, to możemy trochę poszaleć
I na koniec jeden z moich ulubionych przypadków:
Tron, 1982.
Komputery.
Neon.
Elektroniczne efekty.
I sześciokanałowa wersja 70 mm.
Czyli film, który wręcz prosił się o wielokanałowy dźwięk.

Tron jest ciekawy dlatego, że jego stylistyka dźwiękowa jest tak mocno związana z elektroniką, że współczesny system surround może tchnąć w niego nowe życie.
I właśnie tutaj zaczynamy rozumieć, dlaczego niektóre stare ścieżki tak dobrze znoszą upływ czasu.
Nie dlatego, że brzmią „nowocześnie”.
Tylko dlatego, że ich twórcy już wtedy myśleli przestrzenią.
Największy paradoks: czasami stary miks jest ciekawszy od nowego
I tutaj dochodzimy do sedna całej zabawy.
Jeżeli mamy dzisiaj film z 1978 roku, możemy dostać:
- oryginalny miks mono,
- oryginalny Dolby Stereo,
- sześciokanałowy miks 70 mm,
- późniejszy remiks 5.1,
- kolejny remiks 7.1,
- Dolby Atmos,
- a czasami jeszcze kilka innych wersji.
I wszystkie mogą być nazywane „oryginalnym dźwiękiem”.
No i wtedy zaczyna się zabawa.
Bo więcej kanałów nie musi oznaczać lepszego dźwięku.
W przypadku Supermana jest to szczególnie widoczne.
Oryginalny sześciokanałowy miks 70 mm ma charakterystyczne przemieszczanie dialogów pomiędzy przednimi kanałami i prawdziwy split surround. Późniejsze miksy są bardziej współczesne, bardziej „otaczające” i bardziej efektowne, ale jednocześnie tracą część tego specyficznego charakteru.
I to jest piękne.
Bo nagle okazuje się, że:
stary miks może być bardziej interesujący niż nowy.
Nie dlatego, że jest technicznie lepszy.
Tylko dlatego, że jest inny.
Czyli co właściwie słyszymy dzisiaj?
Tutaj trzeba być precyzyjnym.
Jeżeli współczesny Blu-ray albo UHD Blu-ray ma napis:
Dolby TrueHD 5.1
nie oznacza to automatycznie, że w 1979 roku ktoś nagrał dźwięk w dokładnie takim formacie.
Często współczesny remaster bierze stary materiał filmowy, rekonstruuje go, porządkuje, czasami dekoduje stare formaty i przygotowuje wersję kompatybilną ze współczesnym sprzętem.
W przypadku Apocalypse Now historia jest jeszcze ciekawsza, ponieważ oryginalne materiały 70 mm nie były zapisane dokładnie w dzisiejszym układzie L/C/R/LFE/LS/RS. Przy późniejszych pracach trzeba było odpowiednio przygotować materiał pod współczesny standard 5.1.
Czyli gdy dzisiaj widzimy:
Apocalypse Now 5.1
nie należy tego rozumieć jako:
„W 1979 roku istniał dokładnie taki sam plik 5.1 jak na naszej płycie UHD.”
Nie.
Ale można powiedzieć coś znacznie ciekawszego:
w 1979 roku powstał jeden z najważniejszych przodków współczesnego 5.1.
I to jest dużo bardziej interesujące.
A gdzie w tym wszystkim jest 7.1?
No właśnie.
Tutaj zaczyna się kolejny etap zabawy.
Bo możemy dzisiaj postawić w salonie:
7.1.
A nawet:
7.1.4.
Możemy mieć cztery głośniki sufitowe.
Możemy mieć subwoofer, który waży więcej niż niektóre pralki.
Możemy mieć amplituner, który potrafi przetworzyć sygnał tak, że z pięciu kanałów zrobi bardzo przekonujące pole siedmiokanałowe.
Ale nie zmienia to faktu, że film z 1979 roku nie stał się nagle filmem 7.1.
I dobrze.
Nie o to chodzi.
Chodzi o to, żeby stary miks wykorzystać możliwie najlepiej.
Jeżeli oryginalna ścieżka jest świetnie zrealizowana w 5.1, to nawet w systemie 7.1 lub 7.1.4 może zabrzmieć fantastycznie.
Nie trzeba dodawać nowych efektów.
Nie trzeba sztucznie wrzucać dialogu pod sufit.
Nie trzeba robić z każdego filmu demonstracji możliwości amplitunera.
Czasami wystarczy:
dobry miks + dobre kolumny + dobry subwoofer + poprawna akustyka.
I nagle 1979 rok robi nam w salonie małe zamieszanie.
Najlepsze filmy do testowania starego surroundu
Jeżeli więc macie kino domowe i chcecie sprawdzić, co potrafią stare ścieżki, proponuję zacząć od:
Absolutna czołówka
Apocalypse Now (1979)
Do testowania przestrzeni, surroundów, basu i ogólnej immersji.
Superman (1978)
Do porównania oryginalnego 70 mm 5.1 z późniejszymi remiksami.
Alien (1979)
Do testowania atmosfery, ciszy, ambientów i subtelnego surroundu.
Wielkie kino
Star Wars (1977)
The Empire Strikes Back (1980)
Close Encounters of the Third Kind (1977)
Raiders of the Lost Ark (1981)
Star Trek II: The Wrath of Khan (1982)
Horror
Poltergeist (1982)
The Thing (1982)
Alien (1979)
A jeśli chcecie po prostu zrobić test subwoofera…
Raiders of the Lost Ark.
Albo Apocalypse Now.
Albo Poltergeist.
A jeśli po wszystkim sąsiad przyjdzie zapytać, czy przypadkiem nie odbywała się u nas wojna w Wietnamie, oznacza to, że prawdopodobnie wszystko działa prawidłowo.
I właśnie dlatego stare filmy są tak fascynujące
Kino domowe bardzo długo było sprzedawane jako wyścig technologiczny.
- 2.0
- Pro Logic
- 5.1
- DTS
- 6.1
- 7.1
- 7.1.4
- Atmos
- DTS:X
- Auro
I tak dalej.
Każda kolejna liczba miała być lepsza od poprzedniej.
Tymczasem historia pokazuje coś bardzo ciekawego.
Liczba kanałów nigdy nie była najważniejsza.
Najważniejsze było to, co realizator dźwięku chciał z nimi zrobić.
Dlatego film z 1979 roku może dzisiaj zabrzmieć fenomenalnie.
Nie dlatego, że nagle odkryliśmy sposób na „unowocześnienie” starego kina.
Tylko dlatego, że niektórzy twórcy byli technologicznie daleko przed swoją epoką.
Walter Murch w 1979 roku miał sześć kanałów i zadawał sobie pytanie:
gdzie naprawdę potrzebuję surroundu?
My dzisiaj mamy czasami dwanaście, czternaście albo więcej kanałów.
I może warto czasami zadać sobie dokładnie to samo pytanie.
Bo dobry surround nie polega na tym, żeby wszystko było wszędzie.
Dobry surround polega na tym, żeby kiedy coś wreszcie pojawi się za naszymi plecami, mózg powiedział:
„O cholera.”
I właśnie dlatego Apocalypse Now, Alien, Superman, Star Wars, Close Encounters, Raiders of the Lost Ark, Poltergeist, The Thing czy Star Trek II nadal mają w sobie coś, czego nie da się zmierzyć samą liczbą kanałów.
Powstały przed erą kina domowego.
Przed Blu-ray.
Przed Dolby Digital.
Przed Atmos.
A mimo to wystarczy dzisiaj odpowiednia płyta, dobry amplituner i kilka przyzwoitych głośników…
…żeby nagle 1979 rok wjechał nam do salonu pełnym surroundem.
I chyba właśnie za to kochamy kino domowe.
Bo czasami najnowsza technologia nie służy do oglądania najnowszych filmów.
Czasami służy do tego, żeby stary film zabrzmiał tak, jak jego twórcy chcieli, żebyśmy go usłyszeli ponad czterdzieści lat temu.
A to już jest całkiem piękna podróż w czasie.
