Kino Grand REX w Paryżu
Kiedy siedzę na widowni prawdziwego kina, zawsze mam poczucie, że nasze systemy kina domowego nigdy w pełni nie dorównają temu doświadczeniu. Nawet najdroższy i najlepiej skonfigurowany sprzęt nie zastąpi ogromnej sali i wielkiego ekranu. Jest też coś jeszcze – atmosfera. To wyjątkowe napięcie, skupienie i poczucie uczestnictwa w czymś większym niż tylko seans filmowy. Tego nie da się przenieść do domu. Oczywiście mam tu na myśli duże, komfortowe i dobrze wyposażone sale. Bo przecież nie brakuje kin, które oferują słabej jakości obraz i dźwięk, gdzie oglądanie filmu na małym ekranie nie daje żadnej satysfakcji.
Poza stroną techniczną pozostaje jeszcze kwestia kultury widzów – i nie dotyczy ona wyłącznie młodszej publiczności. Ciamkanie, szeleszczenie, rozmowy czy rzucanie opakowań po popcornie potrafią skutecznie zniszczyć cały nastrój. W takich warunkach nawet najlepsze nagłośnienie i największy ekran przestają mieć znaczenie. Zamiast czerpać przyjemność z filmu, czujemy jedynie irytację, czasem na tyle silną, że mamy ochotę opuścić salę. Dlatego warto pamiętać, że kino to wspólna przestrzeń – miejsce, w którym liczy się szacunek dla innych widzów. Idźmy do kina oglądać film, a nie odwrotnie.
W ostatnich latach w Polsce coraz częściej buduje się kina z wieloma salami na tej samej powierzchni. Efekt jest taki, że poszczególne sale stają się coraz mniejsze. W takich warunkach trudno mówić o pełnej satysfakcji z odbioru obrazu i dźwięku. W dużych miastach zachodniej Europy – na przykład w Paryżu – podobne rozwiązania są powszechne. Wiele sal to właściwie niewielkie pomieszczenia, które trudno nazwać pełnoprawnymi kinami. Są jednak wyjątki, które pokazują, czym naprawdę może być kino.

Jednym z nich jest legendarne Grand Rex. To miejsce robi ogromne wrażenie już od pierwszej chwili. Sala jest tak wielka, że trudno ją objąć wzrokiem – przypomina raczej halę sportową niż klasyczne kino. Właśnie tam miałem okazję obejrzeć film Speed z Keanu Reeves.


Po seansie dosłownie nie mogłem wstać z fotela. Nogi miałem jak z waty, drżały przy każdym kroku. Byłem rozpalony, spocony, oszołomiony intensywnością doznań. Wyszedłem z kina chwiejnym krokiem, jakbym dopiero co przeżył coś ekstremalnego. Jestem przekonany, że takie wrażenia są możliwe tylko w naprawdę wielkich salach.

Oczywiście znajdą się osoby, które powiedzą, że sama wielkość sali nie jest wyznacznikiem jakości przeżyć. Że liczą się proporcje – odległość od ekranu, jego rozmiar, akustyka. I w pewnym sensie mają rację. Jednak trudno oprzeć się wrażeniu, że zmniejszanie sal wynika głównie z ekonomii. Więcej sal na tej samej powierzchni oznacza więcej seansów jednocześnie, a więc większe zyski. Zwłaszcza że pełne widownie zdarzają się głównie podczas premier, a później frekwencja stopniowo spada.

Dobre kino powinno być duże. Powinno mieć ogromny ekran, odpowiednią akustykę i nagłośnienie, które bez wysiłku wypełnia całą przestrzeń czystym, pozbawionym zniekształceń dźwiękiem. W takich warunkach efekty dźwiękowe – burza, wybuchy, trzęsienie ziemi – odbieramy bardziej naturalnie i intensywnie. Mamy poczucie, że jesteśmy częścią wydarzeń na ekranie.
A potem przychodzi moment, gdy seans się kończy. Światła powoli się zapalają, widzowie wstają z miejsc… i nagle wraca rzeczywistość. Jeszcze przed chwilą byliśmy gdzie indziej, a teraz trudno się podnieść, ciało wciąż pamięta emocje. Jest gorąco, serce bije szybciej. I tylko jedna myśl: szkoda, że to już koniec.
